Przez dekady wiele europejskich i japońskich firm bezskutecznie siliło się na zaproponowanie kierowcom realnej alternatywy dla niemieckiej „świętej trójcy” segmentu E: Audi, BMW i Mercedesa. Po pierwszych jazdach nowym Volvo S90 można nabrać przekonania, że teraz wreszcie klienci mają poważny dylemat zakupowy…

Volvo kwitnie! Marka napędzana kapitałem zagranicznych inwestorów nie traci wigoru, coraz śmielej podgryzając konkurencję z segmentu premium. S90 to kolejny (po XC90) model zbudowany na nowej platformie podwoziowej nazwanej SPA i kolejny samochód ze szwedzkiego podwórka, który znów wygląda świetnie. Przednie diodowe lampy mają w sobie coś wręcz magnetyzującego: ich krój jest zarazem elegancki i dynamiczny. Światła idealnie komponują się z monstrualnym grillem, a długa maska i opadająca linia dachu dopełniają wyjątkowej kompozycji. Nadwozie ma doskonałe proporcje. Nawet tylna cześć samochodu kryjąca 500-litrowy bagażnik, prezentuje się na żywo znacznie lepiej, niż na zdjęciach.

Patrząc na S90 aż chce się wsiąść do niego i zanurzyć w jego luksusowym wnętrzu. W środku witają nas nadzwyczaj wygodne fotele i umiejętnie dobrane materiały wysokiej jakości. Na konsoli środkowej dominuje oczywiście wielki ekran dotykowy. Jego obecność pokazuje, że pod względem systemów infotainment Volvo jest o krok przed niemiecką konkurencją. Tablet służący do obsługi prawie wszystkich funkcji samochodu to rozwiązanie idealne dla osób zakochanych w smartfonach.

Do jazd testowych udostępniono nam S90 w wersji D5 z napędem na cztery koła i 235-konnym dieslem pod maską. Wprawdzie silnik ma tylko dwa litry pojemności, ale za to wspomagają go dwie turbosprężarki. Zwłoka w reakcji motoru na wciśnięcie pedału gazu niwelowana jest przez sprytny system Power Pulse, gromadzący powietrze pod ciśnieniem i uwalniający je, by napędzić turbinę, gdy kierowca zechce mocno przyspieszyć. Jak to działa w praktyce?

Dość dobrze. Rzeczywiście silnikowi nie brakuje „dołu” i ważące ok. dwie tony Volvo rozpędza się bez ociągania już od najniższych obrotów. Do charakteru samochodu pasuje automatyczna 8-stopniowa skrzynia, płynnie zmieniająca przełożenia. Wprawdzie S90 nie jest samochodem do agresywnej jazdy, ale tryb SPORT ustawień pojazdu pozwala kierowcy dobrze wczuć się w to, co dzieje się z autem na drodze. Pomaga w tym zwłaszcza osłabiona praca wspomagania kierownicy, obracającej się z większym oporem.

Zawieszenie S90 ustawiono na tyle kompromisowo, że nawet obecność 20-calowych kół nie powoduje przenoszenia do wnętrza wstrząsów podczas przejeżdżania przez nierówności. Podwozie nie pozwala też na zbyt duże przechyły samochodu na zakrętach, więc można spokojnie pokonywać je z dużymi prędkościami. Skoro o tym mowa, to warto wspomnieć o pierwszych odczuciach dotyczących wyciszenia wnętrza. Przy autostradowych prędkościach wydaje się, że jednak mogłoby ono być odrobinkę lepsze. Tym bardziej, że Volvo zachęca do jeżdżenia po drogach szybkiego ruchu na których… prowadzi się samo. No, prawie…

Układ utrzymywania na pasie ruchu rozpoznaje oznakowanie poziome na jezdni i dokonuje odpowiednich korekt kierownicą. Takie systemy to nic zaskakującego u Volvo. W końcu mówimy o firmie, która pewien czas temu zadeklarowała, że w 2020 roku chce ograniczyć liczbę ofiar śmiertelnych w wypadkach z udziałem swoich aut do zera. Wtedy klienci chcący kupić „bezpieczny samochód” nie będą już mieli żadnych wątpliwości, co wybrać… Na razie mogą się jednak zastanawiać, ale by do tego doszło, muszą wpierw posiadać na koncie co najmniej 209 300 zł. Tyle bowiem kosztuje podstawowe S90 w wersji Momentum D4 napędzane 190-konnym dieslem. Słabsza 150-konna wersja D3 oraz topowa ponad 400-konna hybryda z motorem benzynowym będą dostępne od listopada. Wtedy też dołączy do palety najtańsza wersja wyposażeniowa Kinetic.

Tekst: Przemysław Szymański, zdjęcia: Grzegorz Tereba